Ten wpis miał być zupełnie o czym innym. Miał być o pokrzywach.
Nie, nie dlatego że pozazdrościłam koleżance jej perypetii pokrzywowych.
Powód był bardziej banalny.
Po prostu też dostałam pokrzywy – oczywiście bez żadnych dramatycznych okoliczności i szybkich zwrotów akcji – od tego jest Agnieszka – ale Adam przywiózł z działki. Zupa z pokrzyw wyszła znakomicie i o tym też napiszę.
Ale nie dziś.
Dziś o czym innym.
Od ponad pół roku a może nawet więcej nie miałam w ustach chleba. Nie że pszennego, białego, pięknie wyrośniętego – żadnego, nawet pumpernikla. Nie żeby mi tego bardzo brakowało. Od początku tej diety wiedziałam że chleba jeść nie będę, szybko miałam rezultaty które mnie w tej decyzji utwierdziły, na widok chleba było mi z lekka niedobrze, w duchu widziałam te złowrogie kłosy pszenicy czyhające na mnie wewnątrz i robiące mi
krzywdę. Jestem tak twarda, że nawet rozpylane w markecie apetyczne piekarniane zapachy nie robią na mnie wrażenia. Bardzo szybko przestawiłam się na śniadania i kolacje bezkanapkowe. Zresztą stosuję na co dzień metodę gotowania jednej lub dwu potraw w większej ilości i żywienia się nimi przez cały dzień albo kilka dni, zależnie od ilości.
Problem pojawia się kiedy cały dzień jestem w rozjazdach, muszę wyjechać z miasta, cały dzień spędzam na spotkaniach, w końcu jestem albo całkiem niedawno jeszcze byłam pracoholikiem. Przecież nie wezmę z sobą zupy i nie zjem jej na zimno w trakcie spotkania albo co gorsza w samochodzie czy pociągu, a ile można zjeść w takiej sytuacji bananów i jabłek?
Znalazłam ten przepis niedawno, dwa tygodnie zajęło mi zrobienie zakwasu, nie bardzo wierzyłam że się uda. W końcu ja przecież nie umiem gotować, chleb to najwyższa umiejętność, do tego jeszcze bez dodatku pszenicy, bez żyta, bez drożdży. No nie może się udać.
Dzisiaj chleb powstał – jest dość ciężki, wilgotny, niezbyt wyrośnięty, ale w smaku zupełnie jak zwykły chleb. Nie posypałam wierzchu pestkami, nie dodałam żadnych dodatków do środka, ale to wszystko można później. Będzie ich jeszcze wiele.
Dzisiaj poczułam jak bardzo długa droga jest za mną, jak wiele się przez te pół roku zmieniło.
Nie żałuję ani minuty spędzonej przez ten czas w kuchni i nawet gdyby magicznym ruchem ktoś sprawił że sklepowe ciasteczka i cukierniane ciasta nagle będą dla mojego ciała dobrodziejstwem a nie trucizną, to nie ma już powrotu.
Teraz mogę już wszystko.