Nasz grecki urlop okazał się pod każdym względem sielski. Pogoda była taka, że sił starczało tylko na dotarganie się do morza, założenie maski z fajką (w moim przypadku maski dla szczególnie opornych - na całą twarz), położenie się w morzu i oglądanie podwodnej telewizji. Potem, z wieczora, dotarganie się do wybranej tawerny lub do marketu w celu dokonania zakupów obiadowych i napchanie żołądka po brzegi. Następnego dnia to samo. I to właściwie cała nasza aktywność. Siłą rzeczy gotowanie zostało sprowadzone do najprostszej prostoty. Ale też Grecja takiej prostocie sprzyja - obfitość cukinii, kabaczków, bakłażanów, pomidorów, papryk, oliwek, koziego i owczego sera, fig, winogron oraz (niestety) bakławy, czyli greckich słodyczy tureckiego pochodzenia, ociekających syropem, naprawdę nie sprzyja wyrafinowanym kulinarnym eksperymentom. No chyba, że znajdzie się przypadkiem na targu okrę, tak jak nam się zdarzyło.
