Tym razem cytat. Przepis szczegółowy. Nie wypróbowałam. Wypróbowywać bym nie radziła - jeśli ktoś by taką gęś przyrządził, bardzo by mi swoją odwagą zaimponował. Ale cytat tak mnie rozbroił, wręcz na łopatki rozłożył, że postanowiłam go puścić w obieg.
„Gęś czarna, którą u pomniejszych panów zaprawiano tak: kucharz upalił wiecheć słomy na węgiel, w niedostatku czystej z buta czasem na prędce wyjętej, przydał do tego łyżkę lub więcej miodu praśnego, przylał wedle potrzeby jakiego octu mocnego, zmięszał z ową słomą spaloną,
zasypał pieprzem i imbirem, a zatem stała się gęś czarna, potrawa bardzo wzięta owych czasów i podczas największych bankietów używana. Nikt mi nie zada, iż taką przyprawę słomianą zmyśliłem na wyszydzenie staroświeczyzny, kiedy sobie wspomni na tarnosolis, płatki, których po dziś dzień kucharze do farbowania galaret i cukiernicy do farbowania cukrów używają; wszak te płatki są to zdziery starych koszul i pluder, które gaciami zowią, płóciennych; jeżeli mi kto nie wierzy niech sobie ich każe dać funt w korzennym sklepie, znajdzie między temi płatkami kołnierze od koszul i paski od gaci. Jeżeli powie, że te płatki, nim poszły do farby, wprzód musiały być czysto wyprane, to też uważyć powinien, że ogień, którym słoma do gęsi była palona, bardziej wyczyszczał wszelkie brudy niż woda płatki"
I jeszcze fragmencik (trudno się powstrzymać jak się to zacznie czytać) tym razem o zdrowym odżywianiu:
"Stawiano na stole przed potrawami w mięsne obiady jednę i drugą parę śledzi surowych na talerzach; tego panowie przed wszystkiemi potrawami jedli po dzwonku lub mniej, a to dla zaostrzenia apetytu, jak mieli podanie od doktorów, którzy, z obżarstwa panów spodziewając się chorób, doradzali im to, co psuło zdrowie, aby mieli kogo leczyć."
Jędrzej Kitowicz, "Opis obyczajów i zwyczajów za panowania Augusta III."
Smacznego!
Agnieszka
... czyli kuchnia pełna wyzwań - bez konserwantów, glutenu i różne inne bez - od jedzenia do zdrowia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na poprawę humoru. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na poprawę humoru. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 7 marca 2013
piątek, 14 grudnia 2012
NIC PO RAZ DRUGI CZYLI BEZWZGLĘDNY ATAK BURAKA
Miałam nadzieję, że jak śpiewały Elektryczne Gitary (choćby tu można posłuchać) kiedyś się wezmę i między nic pierwszym a nic drugim umieszczę jakiegoś konstruktywnego posta, może nawet ze zdjęciem. Niestety - pozostają mi tylko opowieści wstrząsające, chyba że Dominika pozwoliłaby mi w ramach tego bloga rozwijać kategorię "najgorsze dania świata" albo "jak sprawić by nikt nie oczekiwał, że go czymś poczęstujesz".
Póki co - nic. Czyli opis kolejnej głodówki.
Póki co - nic. Czyli opis kolejnej głodówki.
środa, 16 maja 2012
NA MARGINESIE
Na marginesie wyjaśnienie nazwy Bakłażan Pułapka.
Było tak.
Było tak.
Grożę Wiciowi, że jeżeli nie nałoży sobie też sałatki z pokrzywy, nic w ogóle nie dostanie. Ale Wicio rzuca się przede wszystkim na cukinię. Raptem drapieżnie wyciągnięty przez niego widelec zamiera. Gorzka okazała się niemiłosiernie. Ta cukinia. Podejrzewam, że była to specjalna odmiana o nazwie cukinia wyjątkowo perfidna. Tyle, że w tych marketach nic nie jest nigdy dobrze opisane. My z Pewną Osobą koncentrujemy się więc na bakłażanie, i w jedzeniu i w rozmowie, ja ze względu na swoją kulinarną ambicję, Osoba bo wie, że nieustannie muszę być chwalona, inaczej przestaję gotować. Ale Wiciu, mimo wieku swojego bynajmniej nie dziecięcego, buzię układa w podkówkę i marudzi: Bakłażan to to flakowate? To pewnie z bakłażana gorycz.
Mógłby mieć rację.
Przy bakłażanie istnieje niebezpieczeństwo, że wyjdzie gorzki. Dlatego często zaleca się go najpierw pokroić w grube plastry, posypać solą, poczekać aż wycieknie z niego trochę soku i dokładnie umyć. Ilekroć jednak bakłażana grilluję o goryczy mowy nie ma, bez żadnych uprzednich zabiegów.
A ten konkretny był, no mówię wam, mięciutki, delikatny z nieco intensywniejszym smakiem przy skórce, czosnkiem nie za mocno podbity, odpowiednio kwaskowaty dzięki plastrom pomidora, a pokrzywa z rzodkiewką dodawały całości niezbędnej ostrawej nuty.
Wiciu widząc, że albo zaryzykuje coś jeszcze z naczynia żaroodpornego, albo pozostanie przy swoim chlebie suchym i jednej nadgniłej pomarańczy, w końcu też spróbował, i nawet posłusznie z pokrzywą. Mina nie poprawiła mu się znacząco.
Na to wchodzi Władziu.
Jest on w tych moich jedzeniowych historiach jedyną naprawdę kulturalną osobą. Więc się nie rzuca na
resztki tego co zostało na stole, tylko tak ot sobie spogląda. I czeka aż zaproponuję i ja oczywiście proponuję, bakłażana z pokrzywą. Władziu nic nie mówi, za to cały emanuje, równie gorącym jak jednoznacznym, pragnieniem cukinii.
Zapada nieco krępująca cisza i pośród tej ciszy doznaję olśnienia.
piątek, 11 maja 2012
MAJOWE POKRZYWY
Czasem tak jest, że nie ma. Nie ma tego czego by się chciało, a jest za to, jest, że tak powiem, tryumfalnie, w nadmiarze, to czego by się nie chciało. Mnie właśnie taka sytuacja się przydarzyła. Mniej więcej tydzień temu rzuciłam się z zapałem na przekopany w gąszczu chwastów niewielki kawałek ziemi, nasiałam w nim sałaty i rukoli. Od razu się przyznaję, że to nie ja wyrwałam dzikiej przyrodzie, w tym wypadku reprezentowanej głównie przez jaskółcze ziele, część gruntu. Ogródek dzielę jeszcze z innymi osobami, co w moje pierwsze w życiu prace polowe wprowadza ożywczy element rywalizacji. Codziennie przedzieram się przez chaszcze. Podlewam. Powstrzymuję się przed wygrzebywaniem nasionek z ziemi, żeby się dowiedzieć dlaczego nie rosną (nasionka rukoli i sałaty
są malutkie, więc nie sądzę żebym je znalazła). Nie ma. Ale nie tak po prostu nic nie ma. Coś jest. Coś tam kiełkuje. Niestety nie umiem rozróżnić moich upraw od byle zielska, panoszącego się bez pytania nikogo o zgodę. Tak więc nie mogę sobie popielić. Wpadłam dziś rano na pomysł, żeby choć ponawozić. Czymś ekologicznym oczywiście. Z braku nawozu końskiego, usiłowałam zastosować nawóz koci. Powód jest prosty: konia nie mam, a kota i owszem, i to produkującego nawóz w ilościach zaskakująco dużych, jak na takie niewielkie stworzenie. Ale Pewna Osoba, która w pracach ogrodowych nie uczestniczy w ogóle, za to lubi się wymądrzać, nawrzeszczała na mnie, że jakoby pojęcia nie mam, i że nie każde g...(takich wyobraźcie sobie niektórzy słów używają) się na nawóz nadaje, i że wyżre korzenie (to kocie g.., a nie Pewna Osoba), i że może on (czyli w tym wypadku Pewna Osoba) pójdzie i mi w moje grządki...jakby to przetłumaczyć na język akceptowalny...osobiście mi te grządki użyźni. Zupełnie niezwykłe zaangażowanie rolnicze Pewnej Osoby wynikało nie z troski o moją sałatę i rukolę, ale z faktu, że z rozpędu zamierzałam koci nawóz zastosować też w donicy na tarasie, gdzie Osoba hoduje sobie lawendę. Wśród tych miłych fekalnych dyskusji upłynęło nam śniadanie. Potem jeszcze raz poszłam do ogródka, żeby stwierdzić, że rośnie tam to samo, co rosło pół godziny wcześniej. Ale przy okazji zauważyłam, że pomidory Władzia zakwitły. Wstyd się przyznać; ogarnęła mnie zawiść. Na złe, co się w człowieku budzi, jedna jest rada. Skoncentrować się na tym co jest, żeby zagłuszyć tęsknotę za tym, czego nie ma. Pewna Osoba twierdzi, że jaskółcze ziele, nadaje się jedynie do smarowania kurzajek. Kurzajek na szczęście nie mam, poza tym chodziło mi o coś jadalnego z ogródka. A wokół moich wciąż niewidzialnych upraw wybujały pokrzywy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

