Siedzę w pracy, przyklejona do telefonu i nic nie chce się układać tak jak powinno. Wszystkie proste sprawy skręcają nagle, każda w innym kierunku, krążą bezładnie potykając się o siebie nawzajem, a poplątane meandry rzek ciągną się aż po horyzont. I tak od zawsze, jedyna reguła to taka, że nie ma żadnych reguł. I że jeśli coś może pójść źle, to z całą pewnością tak się stanie. I na pewno ale to na pewno, tak jak ja bym chciała, to się nie da. A gdyby się to jedno nawet dało, to potem trzeba drugie i to już się na pewno nie uda. A w ogóle to po co pani tak kombinuje, nie lepiej zostawić poplątane sprawy, niech idą swoimi krętymi drogami, do wiecznego niezałatwienia? W końcu po co problemy miały by być rozwiązane, po co kłopot sobie robić, czy nie lepiej przeczekać, może znikną, rozpłyną się w nieskończoności? To moja codzienna codzienność, zmagania z niemożliwością. Zostawmy więc na chwilę tę nierówną walkę i skupmy myśli na rzeczach prostych, których nie da się skomplikować nawet jak by się bardzo chciało. Jak wiosenna botwinka, z wiosenną kalarepką. I z ziemniakami. Prosto i kolorowo. I wszystko się uda: kroimy, wrzucamy na patelnię, kroimy następne i wrzucamy. I tak do szczęśliwego końca, który musi nastąpić, bo nie ma tu gdzie zawrócić.
