Tak się jakoś dziwnie składa, że wszyscy w moim otoczeniu mają ostatnio jakieś swoje koncepcje żywieniowe. No i bardzo dobrze, bo grunt w życiu to mieć jakieś koncepcje, lepiej niż nie mieć. Dziś opowiem więc o koncepcji Zośki, o samej Zośce siłą rzeczy też troszkę się pojawi.
Bo Zośka była pierwszą osobą, dzięki której gotowanie po raz pierwszy w życiu nie kojarzyło mi się ze straszną katorgą i czymś zupełnie niedorzecznym. Z Zośką uznałam nieśmiało, że mogłoby nawet być przyjemne, a działo się to wszystko mimochodem jakoś, siedząc przy stole i gadając głównie. No i jak się nieco później okazało nie był to przypadek, lecz raczej zrządzenie losu, które miało mnie przygotować na wydarzenia późniejsze, kiedy w ułamku sekundy (jedna nieprzespana noc, która dla mnie trwała całe wieki) zdecydowałam, że nie kupię już nigdy w życiu do jedzenia nic gotowego. Byłam przerażona oczywiście, ale teraz myślę że znajomość z Zośką jednak trochę mnie na tę zmianę przygotowała.
Koncepcja Zośki jest prosta i stosowana przez nią od lat wielu - warzywa, kasze, mięso ale przygotowane zazwyczaj w sposób minimalistyczny i obsesyjnie niedogotowywane, bez soli. Jak warzywa to gotowane 10 minut bez soli i wystarczy. Podaje się je na przykład polane oliwą z oliwek. Na śniadanie płatki owsiane? Proszę bardzo ale absolutnie nie w formie papki. Żadnych sztucznych składników, glutaminianu itp. Słodkie rzeczy czasem, ale nie są niezbędne.
Koncepcja się sprawdza, bo Zośka będąc starszą ode mnie, jest jednocześnie 10 razy odporniejsza, silniejsza, po śniegu zasuwa w chodakach na gołych nogach i nie wie co to przeziębienie.
A dziś płatki owsiane śniadaniowe, którymi byliśmy raczeni codzień rano, będąc u Zośki w gościnie, pewnej srogiej zimy, na odludziu.