Zapoczątkowane pierwszymi cieplejszymi dniami a nawet trochę wcześniej, kontynuuję dalej swoje życie królicze, wypełnione konsumpcją głównie zielonej surowizny, czasem z kolorowymi akcentami a czasem nawet nie. Z rzadka zdarza mi się ugotować coś na ciepło, ale częściej każdego dnia cieszę się na następne zielone odkrycia. W ciągu całego mojego dotychczasowego życia nie zjadłam chyba tyle sałaty ile w ciągu ostatniej wiosny.
Zwłaszcza że do tej pory wydawało mi się że sałaty nie lubię. Szpinak, sałata, gotowane buraczki i marchewka - wszystkie te moje dziecięce zmory powróciły do mojego życia po ... no nie wnikajmy... po iluś tam latach, na tyle wielu żeby już o nich głośno nie mówić - ale wróciły nie w postaci nocnych koszmarów, lecz w pełnym świetle.
To może przyjdzie czas i na rehabilitację groszku konserwowego? Oj, chyba lepiej nie, w końcu to ma być rozwój a nie degeneracja.
Dzisiaj potrawa, której pierwowzór szczerze mówiąc podpatrzyłam w meblotece Yellow - łódzkim lokalu, w którym ostatnio się żywię. Niewiele jest takich, w których mogę się żywić bezpiecznie, w tym mogę i zjadam namiętnie świeże sałatki, jest miło, no i mam bardzo blisko z biura co też jest sporym atutem. W lokalu tym, danie to nosi wdzięczną nazwę carpaccio z cukinii, a moja wersja z uwielbianym przez mnie cypryjskim serem halloumi poniżej.
Ser halloumi jest mieszanką sera krowiego, owczego i koziego, chociaż zdarzają się u nas te sery z mleka krowiego, co jest bez sensu - bo ser ten powinien, delikatnie co prawda, ale wonieć kozio-owczo. Poza tym sera krowiego nie powinnam jeść, więc fakt że ten jest mieszanką, zmniejsza moje poczucie winy, ponieważ nie potrafię mu się oprzeć.