To był mój absolutny przetworowy debiut i nie bardzo wierzyłam, że moje wysiłki nie spleśnieją. Dlatego mus jabłkowo - śliwkowy opisuję dopiero teraz, gdy już mam pewność, że przetrwał zimę.
Chciałam mieć jakieś owoce, które w razie braku czasu mogłyby posłużyć do szybkiej owsianki, a w których nie byłoby cukru. Pewna Osoba bardzo się do pomysłu zapalił. A Wiciu ma zaprzyjaźniony warzywniak i zadeklarował, że kupi nam śliwki. Bo był to czas ostatnich śliwek. Pozostało ustalić ile. Pewna Osoba nie uznaje żadnych półśrodków. Zaordynował dwadzieścia kilo. No i dobrze. Ale zanim śliwki przyjechały, nie mogąc usnąć w nocy zaczęłam się zastanawiać, ile to jest dwadzieścia kilo. Jestem dotknięta pewnym ograniczeniem dotyczącym miar i wag: na mojej skali jest tylko dużo i mało. Ten mało precyzyjny podział prowadzi do wielu nieporozumień. Tak było i w tym wypadku. Chciałam dużo śliwek, żeby je włożyć w słoiki. Ale w nocy, jak to bywa gdy człowiek przewraca się niespokojnie z boku na bok, zaczęłam się zastanawiać nad rzeczami, których za dnia w ogóle nie zauważam. Czyli analizowałam ile dokładnie to jest: dwadzieścia kilo. W świetle słonecznym brzmiało dobrze, solidnie. W mroku zaczęły krążyć wokół mojej głowy cztery wiadra śliwek. Z całej siły zaciskałam oczy - nie pomagało. Cztery wiadra śliwek do wydrylowania (co prawda Pewna Osoba deklarował pomoc, ale w swojej nocno-koszmarnej wizji ze śliwkami zostałam całkiem sama). Wielkie gary śliwek nad którymi stoję czerwona na gębie, upocona. Załamuje się gospodarka na skutek wynalezienia nowego serwisu społecznościowego w internecie i gwałtownego spadku cen facebookowych "like'ów", stacje radiowe rezygnują w ogóle z przerw między reklamami, bo czas antenowy jest za drogi, oddychanie zostało opatentowane i trzeba za nie płacić - ja nic o tym nie wiem. Służby specjalne przyjeżdżają mnie aresztować: nie tylko nielegalnie korzystam z powietrza, nie tylko moje istnienie na nowym serwisie niczym nie zostało potwierdzone, na domiar złego wyglądam paskudnie, a wygląd paskudny już jest karalny. Kiedy nieśmiało staram się coś wyjaśnić, słyszę twarde
- Bardziej niech już pani nie miesza - ale ja muszę mieszać, bo mi przywrze. Słyszę już głuche dźwięczenia kajdanów, odczytywany mi jest długi wyrok, który zaczyna się od publicznej chłosty, a dalej jest tylko straszniej i straszniej. Nie ucieknę, bo od garów nie odejdę, kilka ładnych lat już smażę te dwadzieścia kilo śliwek, szkoda mojej pracy. Zanim zdążą mnie zakuć, spada deszcz ognistych meteorów, żywcem pożera mnie szarańcza, zza chmury wychyla się sam Pan Bóg, kręci głową z niezadowoleniem i oznajmia:
- Do niczego się nie nadajesz, nawet głupiej konfitury ze śliwek nie potrafisz zrobić.
I tego już za wiele. Z wrzaskiem zrzucam kołdrę, którą się usiłowałam obronić przed dwudziestoma kilogramami śliwek i wywołanym przez nie końcem świata, szarpię z całych sił Pewną Osobą i szlocham mu w ramię:
- Dwadzieścia kilo śliwek to za dużo, nie dam rady.
- Jest noc. Śpię - odpowiada Pewna Osoba, na której moje kłopoty z zasypianiem od jakiegoś czasu już nie robią wrażenia.
Budzę go znowu.
- Chciałaś dużo - mruczy i zawija się w kołdrę.
Rano przemilczamy mój nocny napad paniki. Kiedyś próbowałam opowiadać Pewnej Osobie jak to jest być mną i użyłam argumentu
- Ty nawet słuchać nie chcesz o tym, co się dzieje w moich myślach, a ja mam je cały czas. Wyobraź sobie, że choć na jeden dzień zamieszkałbyś w mojej głowie - na tę propozycję Pewna Osoba zbladł i zemdlał. Od tego czasu nie wymagam od niego zbyt głębokiego zrozumienia.
Niemniej stanowczo odmawiam przerabiania dwudziestu kilogramów śliwek i wyciągam ostentacyjnie malutkie słoiczki. Układam obok siebie rodzynki, cynamon, wącham i rozważam subtelności różnych smakowych kompozycji. Niby sama do siebie mówię: jedne z bananami, inne z daktylami, ale głośno, tak żeby Pewna Osoba słyszał.
- Ja myślałem, że ty chcesz zrobić konfitury na zimę. Dużo konfitur, żebym miał co jeść. A to jakieś eksperymenty - krzywi się z niesmakiem. I obraża. W efekcie ja zrobiłam swoje słoiki, Pewna Osoba swoje, powstała sytuacja nieco rywalizacyjna, tak że nawet Wicio też konfitury usmażył. Wszystkie wyszły bardzo dobre i przetrwały zimę.
I jak tu teraz odtworzyć proporcje moich jabłek ze śliwkami, rodzynkami i cynamonem...
Mhm..