Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eksperymentalnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eksperymentalnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lutego 2015

KOPIEMY BURSZTYN

Dziś temat niekoniecznie kulinarny ale jak najbardziej prozdrowotny. Produkcja bursztynówki.
Właściwości nalewki bursztynowej - przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, aktywizujące układ immunologiczny, przy reumatyznie stosowane miejscowo na bolące stawy i mięśnie (pomaga!), zbijające gorączkę, przy przeziębieniach i stłuczeniach do nacierania ciała, przy bólach głowy do smarowania skroni (pomaga!), ułatwia gojenie ran, obniża ciśnienie tętnicze, uspokaja. O wiązaniu krawatów i innych przysłowiowych właściwościach w materiałach źródłowych nie wspomniano.
Bursztyn w Polsce wygrzebujemy w rejonie Mierzei Wiślanej.
Pozyskiwanie materiału na bursztynówkę, mimo że w korzystnych okolicznościach przyrody, zaczyna się wyjątkowo mało romantycznie i przez większość czasu wygląda tak:

wtorek, 16 kwietnia 2013

KSIĄŻKA KTÓRĄ POWINNIŚCIE PRZECZYTAĆ

Pisałam już na Fejsbuku, ale nie mogę się powstrzymać i napiszę jeszcze na blogu. Ukazała się w polskim wydaniu książka Williama Davisa "Wheat Belly". Po polsku nazywa się "Dieta bez pszenicy". Tytuł jest nędzny bo to nie jest książka o diecie - to znaczy o diecie też ale na ostatnim miejscu. Davis dietą zajmuje się tylko w aspekcie pomocy przeciętnemu człowiekowi w ułożeniu jadłospisu bez pszenicy. Pszenica w dzisiejszym świecie zajęła takie miejsce, że większość osób nie wyobraża sobie bez niej życia. Bo cóż to za życie bez chleba, makaronów, klusek, naleśników, pizzy, ciast i ciastek.

środa, 20 marca 2013

GŁÓD I ABSOLUTNIE NIEJADALNE KORALE

W powieści Toni Morrison Umiłowana jest scena, w której ostatnim życiowym głodem umierającej kobiety okazuje się głód kolorów.
"Zimy w Ohio były szczególnie ciężkie, jeśli się miało apetyt na kolory. Jedynego dramatu dostarczało niebo, bo liczenie na widoki Cincinnati  jako na zasadniczą radość życia było naprawdę niedorzecznością."
Przy polskiej przedłużającej się zimie, ja również na próżno wyglądam jakiegokolwiek urozmaicenia. A niebo, które - to prawda - jesienią i zimą potrafi  dać niesamowity spektakl, choćby dziś jest tylko szaro-burą pokrywką. Nie przynosi ratunku - już raczej dobija.
Głód kolorów, jest jednym z tych głodów, z którymi trzeba się obchodzić umiejętnie.
Są głody proste tym wystarczy dać to, czego się domagają. Są też głody oszukańcze - te karmione rosną. Tak jest z głodem posiadania, gromadzenia, z dziwacznym niepokojem, który nie pozwala powiedzieć: tyle mi wystarczy, więcej nie potrzebuję.
(Myślałam o nich, gdy natrafiłam na post na blogu Bei (tu) z apelem o niemarnowanie jedzenia. Temat mnie bardzo poruszył). Taki jest też głód słodyczy, o którym pisała Dominika. Czy wszelkie uzależnienia.
Ale mój głód kolorów jest z tych głodów, które dopominają się czegoś co choć ważne, zostało zarzucone jako niemożliwe. Jak kolory zimą.
Bo ani jaskrawe ubrania, ani zdjęcia z wakacji nie dają tego, co położenie się w słońcu w trawie. A nawet po prostu podlewanie roślin na tarasie i popatrzenie na drzewa, zimą nie tylko sprowadzone do szkieletów, ale też bardziej nieruchome.
W takim uparcie zimowym marcu jak ten, nie pomaga nawet pożeranie w różnych postaciach marchewek i - jeśli uda się kupić - kolorowych jabłek.
W związku z tym kiedy była u mnie w odwiedzinach moja dziewięcioletnia bratanica namówiłam ją do produkowania koralików z modeliny. Bo zawsze to przynajmniej można sobie kolory pougniatać.
Baśniowo kolorowe drzewo rozpadło nam się w czasie wygrzewania w piekarniku. Biało czarne guziki, które zamierzałam przyszyć do swetra zżółkły, wyczuwając najwyraźniej moje znużenie tymi dwoma kolorami. Ale i tak wyszło mnóstwo barwnych kulek.
Wszystko posmarowałyśmy olejem, żeby miało intensywniejszą barwę i połysk. Starym olejem słonecznikowym, którym Pewna Osoba dla zdrowia miał płukać usta, a zamiast tego gdzieś upchnął.
Wyobrażałam sobie, że wraz z tym starym olejem nasze modelinowe korale wchłaniają resztki - tak jak wreszcie przecież błoto wchłonie śnieg, a potem trawa błoto. Jak myśmy z Pewną Osobą with a little help of our friends wchłonęli nasze zimowe zapasy, tylko słoiki, te których nie będziemy dalej wykorzystywać są gorzej wchłanialne. Tak, tak wyobrażałam sobie że tymi koralami przypominam najbliższej, niezbyt malowniczej, okolicy, że pora już się otrząsnąć z tych szarości, pora się zdobyć na zielone pędy, i jaskrawe słoneczne światło. Bo ile mogą czekać moje cebulki kwiatów, naszykowane do eksperymentalnego trawnika, który ma dopiero powstać, na skrawku, nazywanym przez Władzia Ziemią Na Której Nigdy Nic Nie Rośnie?
Do tych swoich szamańskich zapędów Zośce się nie przyznałam. Bo to dziewczynka mocno stojąca na ziemi i nawet Wicia udało jej się przekupić cukierkami, żeby ją na sankach ciągnął.
Ją bardziej interesował czysto użytkowy aspekt naszej produkcji - choć jak wyciągnęłyśmy wciąż tłuste kulki z piekarnika, widać było, że raczej w to rękodzieło ustrajać się nie ma zamiaru.
I może to się wydawać temat zupełnie nie kulinarny, ale te korale, które sobie zostawiłam, do tej pory pachną trochę jak ciastka (co dziwne ten stary olej w połączeniu z modeliną dał całkiem apetyczny zapach), i jak się liście na drzewach i inne trawy nie ruszą, to ja nie zważając na to, że chyba mi nie wypada będę je nosić jako talizman, chroniący przed okropnym głodem kolorów, który gdy zbyt długo nie zaspokojony prowadzić może i do zupełnej apatii.


piątek, 14 grudnia 2012

NIC PO RAZ DRUGI CZYLI BEZWZGLĘDNY ATAK BURAKA

Miałam nadzieję, że jak śpiewały Elektryczne Gitary (choćby tu można posłuchać) kiedyś się wezmę i między nic pierwszym a nic drugim umieszczę jakiegoś konstruktywnego posta, może nawet ze zdjęciem. Niestety - pozostają mi tylko opowieści wstrząsające, chyba że Dominika pozwoliłaby mi w ramach tego bloga rozwijać kategorię "najgorsze dania świata" albo "jak sprawić by nikt nie oczekiwał, że go czymś poczęstujesz".
Póki co - nic. Czyli opis kolejnej głodówki.

sobota, 17 listopada 2012

ŻE SIĘ WTRĄCĘ. NIC PO RAZ PIERWSZY

Dominika już mnie przestała upominać żebym coś napisała, tylko patrzyła z wymówką, a nawet odrobiną boleści. Postanowiłam więc znów się tu pojawić, chociaż z pewną tremą. Bo konsekwentna jestem jedynie w niekonsekwencji, i cóż ... mimo prób wciąż nie udaje mi się rozstać całkowicie z czekoladą, lub pleśniowymi serami. Poza tym ogarnęła mnie listopadowa niepewność ogólna, i mam wrażenie, że wszystkie - tak mniej więcej trzy - dania, którymi żongluję już tu opisałam. Ale Dominika (a ona jak już coś mówi to wie) tłumaczy, że w końcu chodzi o zapis zmagań żywieniowych. A od zmagań to ja jestem specjalistką. Weźmy na przykład nic. Nic wydaje mi się tematem na listopad idealnym, nie tylko w kuchni.
Najpierw dowcip opowiedziany mi przez Emilę, rzecz nieco wyjaśniający.
Wraca mąż do domu i pyta co jest na obiad.
- Nic - odpowiada żona
- Jak to? Przecież wczoraj już było nic!
- Ugotowałam na dwa dni.
PS1
Patriarchalna wymowa dowcipu, sugerująca, że odpowiedzialność za żywienie spada tylko na kobiety nie jest tematem tego postu.

NIC PO RAZ PIERWSZY czyli o tym jak mnie pokonała monodieta.
Część wakacji spędzałam w Indiach w ashramie i ponieważ dużo słyszałam o głodówkach oczyszczających, w pewnym momencie uznałam, że to świetne miejsce, żeby spróbować. Ale dowiedziałam się, że do takiej głodówki należy się przygotować długą monodietą - co oznacza, że je się jeden prosty posiłek dziennie (ryż i dal) prawie przez miesiąc. A mnie tylko tydzień został ashramowy, potem miałam dojechać do Pewnej Osoby, i dalej podróżować na północ Indii. Ale, myślę sobie, przecież ja zazwyczaj jem bardzo mało, jeden posiłek to żadne dla mnie wyzwanie. Otóż okazało się, że moje mało, to zdecydowanie więcej niż trochę ryżu i rozgotowanego grochu. Poza tym - czego się nie spodziewałam - to ograniczenie wywołało we mnie stany zaskakujące. Już chyba na drugi dzień, zamiast medytować, rozważałam, jaki smak z jakim pasuje, układałam w myślach całe jedzeniowe poematy. Nawet nie, żebym od razu czuła się bardzo głodna, ale jedzenia brakowało mi jako czynności mentalnej (odpadało rozważanie na co mam ochotę). A następnie już zupełnie straciłam siły i zainteresowanie czymkolwiek, głównie spałam. Nawet gadać mi się nie chciało. Nie byłam w stanie też czytać. Było to w jakimś stopniu wyzwalające - tak jakbym sama od siebie trochę się zwolniła. Pozostały resztki, w każdej wolnej chwili zapadające w sen. To oznaczało, że musiałam też zrezygnować, choćby w części, z tego co mnie we mnie uwiera. Na przykład z niestety normalnego u mnie zadręczania się, a co będzie ( w tym konkretnym wypadku z nerwowych prób zaplanowania dalszej podróży - co ani w Indiach, ani jak się jest mną, a tym bardziej mną podróżującą z Pewną Osobą nie jest możliwe). Jakoś po czterech dniach ustąpił mi ból głowy i czułam jak udrażniają mi się zatoki, zazwyczaj trochę zatkane. Wyraźnie czyściły mi się nerki. Niestety, o dobroczynnych właściwościach niejedzenia nie mogę się wypowiadać. Bo wytrzymałam tylko tydzień. W tym stanie zupełnego rozmiękczenia, kiedy patrząc w lustro dziwiłam się pobladłej, trochę mi obcej kobiecie, chyba nie byłabym nawet wyjechać z ashramu, o dalszych jazdach nie wspominając.
Ale doświadczenie było na tyle frapujące, że kiedyś je powtórzę. Znam osoby, które bez trudu wytrzymują miesiąc, a potem jeszcze kolejne dni głodówki tylko o wodzie. Na przykład taka Ela Król, która ryż i dal (najpyszniejszy jaki jadłam!) przygotowuje według tego przepisu.
A tu fachowo o postach.
Wielbicielem ryżu i dalu jest Pewna Osoba. Często gotuje ryż (brązowy) razem z łuskaną fasolką mung (ok. pół godziny), dodając pomidory i sypiąc obficie kurkumę, kumin, gorczycę i czarnuszkę. 
Ja jeśli gotuję jednogarnkowo najpierw przygotowuję wywar z warzyw (marchewka, pietruszka, seler, por), a dopiero potem sypię ryż i wcześniej namoczoną fasolkę mung. (Pewna Osoba jako wyznawca działań spontanicznych w pogardzie ma wszelkie dokładne płukania i namaczania).  
W każdym razie to danie jeśli ma przygotowywać do głodówki powinno być jak najmniej przyprawione i jak najprostsze.

PS2
Wynegocjowałam z Dominiką, że nie będę się fotograficznie rozwijać. Żeby uzyskać odpowiednie argumenty zgubiliśmy podczas wakacji aparat.

Agnieszka