Strąki wyglądają jak wielkie bure robale.
Po obraniu jeszcze gorzej.
Po spróbowaniu... niebo w gębie. Gotowy dżem prosto z drzewa.
A w środku gładkie błyszczące nasiona, które aż się proszą o zrobienie naszyjnika.
Albo bransoletki.
TAMARYND
Kupiony przypadkiem w markecie w Czechach, podczas świątecznego urlopu. I tylko dzięki Adamowi, który takich eksperymentów się nie boi. Ja pewnie najpierw przejrzałabym internet - co to jest i jak się to wykorzystuje, poszukałabym przepisów i dopiero potem zastanowiłabym się nad kupnem. A Adam po prostu zdjął z półki i włożył do koszyka. Uznał, że leżą na stoisku spożywczym, więc niejadalne być nie mogą. Dzięki mu za to. Mnie tamarynd kojarzył się tylko z kupioną wieki temu pastą o nieprzytomnie kwaśnym smaku, która raz użyta, do tej pory leży w lodówce. A tu niespodzianka. Pyszny słodko-kwaśny gotowy dżem, prosto ze strąka i bez gotowania. Nie będę tu pisać o jego wartościach - to każdy może sobie sprawdzić sam - jak każdy owoc na pewno jakieś ma, wikipedia mówi że jest jadalny i to najważniejsze. Podobno tez chętnie jedzony przez małpy - one na pewno wiedzą co dobre.
Ma tylko jedną wadę - w pewnych okolicznościach, bo nam w domu to w ogóle nie przeszkadzało. Nie ma sposobu (albo my nie opracowaliśmy), żeby zjeść go w sposób kulturalny, bez uciapciania sobie rąk i nie tylko, oraz wypluwania pestek.