Wspólnymi siłami wyprodukowaliśmy zapiekankę - wspólnymi siłami - to znaczy ja byłam mózgiem, a Adam w zasadzie całą resztą tego przedsięwzięcia. Ale mózg przecież najważniejszy, prawda? Zapiekanki lubimy bo same się robią, a ta miała łagodny smak i miękką, miłą konsystencję. Bardzo szybko się zjadła, ledwo zdążyłam zrobić zdjęcie, już pod sam koniec konsumpcji.
... czyli kuchnia pełna wyzwań - bez konserwantów, glutenu i różne inne bez - od jedzenia do zdrowia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam gotuje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam gotuje. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 30 kwietnia 2017
niedziela, 19 lutego 2017
SAŁATKA Z FASOLI
Dziś znowu Adam w formie. Połączenie rodzynek z ogórkiem kiszonym rozłożyło mnie na łopatki, szach i mat. Sałatka z wszystkiego co było w domu pod ręką. A pyszna jak diabli, choć dla wielbicieli wyrazistych smaków.
czwartek, 8 września 2016
CUKINIA? NA SŁODKO?
Właśnie tak!
Dziś w wykonaniu Adama proste placuszki z cukinii, słodka wariacja na temat kiedyś robionych wytrawnych. Najlepsze są proste przepisy!
sobota, 13 lutego 2016
KOKOSANKI - bez glutenu, jajek, mleka
Ciasteczka za pierwszym razem zrobił Adam. Co mnie lekko zdumiało, nigdy wcześniej nie przejawiał takich zapędów. Do jedzenia tychże to owszem, mało kto odmówi zjedzenia czegoś pysznie słodkiego. Ale produkcję do tej pory zostawiał uparcie całkowicie w moich rękach. A tu nagle zakupił olbrzymi zapas wiórków kokosowych, umyślił sobie składniki, krótko i zwięźle skonsultował się ze mną co do sensu tych poczynań (w końcu mam trochę więcej doświadczenia) i zrobił. Po męsku zrobił, nie były te ciasteczka estetycznie zbyt wyrafinowane. Ale okazały się pyszne - delikatne, chrupiące, aromatyczne. Nawet ja, nie będąca amatorem wiórków kokosowych, wpadłam w nie po uszy. Na tyle żeby zrobić je ponownie.
wtorek, 22 grudnia 2015
KAPUSTA Z GRZYBAMI I CIECIORKĄ
Tym razem Adam wziął święta na poważnie i nagotował kapusty z grzybami. Nie jest całkiem tradycyjna, włożył do niej to co sobie wcześniej umyślił. Ja ze swej strony nie mam wiele do dodania, poza jednym: BYŁA PYSZNA!!! A na święta znów nic nie mamy :)
środa, 13 maja 2015
ZUPA NA CO DZIEŃ
Mało mamy ostatnio czasu na celebrowanie jedzenia, oj mało. Przychodzimy do domu zmęczeni i bez życia, nie mamy siły na wyrafinowane potrawy. Ratujemy się prostym jedzeniem, przy którym nie trzeba wiele wysiłku. A najczęściej to Adam nas obydwoje ratuje....zupą.
niedziela, 22 lutego 2015
BLITWA POWTÓRNIE
Chorwacka potrawa - blitwa z krumpirom. Nasze pierwsze podejście było trochę oszukane, bo widząc ją zawsze już na talerzu po obróbce, nie wiedzieliśmy czym ta blitwa właściwie jest, a angielskie tłumaczenie w każdej knajpie było inne. Wahaliśmy się pomiędzy burakiem liściowym, jakąś dziwną kapustą i szpinakiem. Już wiemy na pewno, bo zobaczyłam ją na targu i kupiłam. Jest to mangold - czyli przekładając na język polski, po prostu swojsko brzmiąca boćwina - burak liściowy. Żeby jednak bardziej skomplikować sprawę, bywa też nazywany kapustą rzymską albo burakiem szpinakowym, czyli wszystkie nasze spekulacje co do tej rośliny okazały się w pewien sposób słuszne, chociaż jest ona najbardziej spokrewniona jednak z burakiem.
Boćwina ma nieco inny smak i konsystencję niż szpinak i bardzo nam smakuje.
Proste i pyszne.
niedziela, 29 czerwca 2014
ZAPIEKAMY
A właściwie to Adam zapiekł. Jak najprościej, bez żadnych sosów, tylko oliwa i przyprawy. Warzywa długo pieczone w zamkniętym naczyniu, a potem chwilę podpieczone bez przykrycia, żeby zrumienić wierzch. Wyszło soczyste i smakowite danie, z chrupiącą skórką selera na wierzchu. Adam obiecał mi wkrótce powtórkę, na co czekam z niecierpliwością.
sobota, 3 maja 2014
DOMOWA MUSZTARDA NA DWA SPOSOBY
Dziś produkuje się Adam. I dzięki temu, ja mogę robić tylko to, co naprawdę lubię.
Czyli nie gotować. Bo ja to jednak w duszy kucharką nie jestem. Między innymi dlatego prowadzę bloga, gdybym miała kucharską duszę, poprzestałabym na gotowaniu. A tak to muszę sobie zapewniać inne towarzyszące gotowaniu przyjemności, tak żeby nie osłabnąć w wysiłkach.
Wybieranie przepisów i kombinowanie jest przyjemne, nie powiem. Potem następuje faza przygotowywania, nie lubię żeby za długo trwała, i staram się ją skracać do niezbędnego minimum, chociaż zdaję sobie sprawę, że jest jednak konieczna, żeby mieć się potem czym delektować i mieć co opisać.
Jak już jest ugotowane, trzeba zrobić zdjęcia, co lubię, nawet bardzo, ale nie mam do tego sprzyjających warunków. A nawet bardzo niesprzyjające. Adam nigdy nie chce trzymać białego kartonu, który u mnie robi za ekran doświetlający. A nawet jak trzyma, to z reguły nie dłużej niż dwie minuty, potem zaczyna burkać pod nosem (wolę nie wsłuchiwać się specjalnie w burczane kwestie, raczej nie spodziewam się parlamentarnych) i sobie idzie, często w połowie zdjęcia. A potrawa w tym czasie stygnie i mój żołądek wariuje. Statywu nawet nie próbuję rozstawiać, bo sama bym tego nerwowo nie wytrzymała. No i musiałabym zostać witarianką, czyli wszystko jeść na zimno. Czyli fotografuję w trudnych warunkach, bardzo trudnych nawet. Przeczytałam gdzieś na blogu że sesja fotograficzna potrafi trwać godzinę. Dla mnie to kosmos, żadna moja sesja nie trwała dłużej niż pięć minut, a kunszt polega u mnie na tym, żeby w ciągu tych pięciu minut osiągnąć rezultat możliwie nie tragiczny, w fotografii sprawdziłabym się chyba tylko jako fotoreporter.
Potem następuje faza konsumpcji, która z reguły trwa za krótko i za szybko się kończy. Jest oczywiście bardzo miła, ale wydaje mi się nieco przereklamowana.
A potem siadam przy komputerze do obróbki zdjęć. Nooo i wtedy dopiero się rozmarzam. Mogę godzinami zdjęcia wybierać, poprawiać, obrabiać, kadrować. Czynność która mnie wybitnie uspokaja i wycisza (a jest co obrabiać, zważywszy na pospieszny charakter sesji zdjęciowych). Dopiero wtedy tak naprawdę delektuję się potrawą, i dzięki temu pamiętam co tak naprawdę zrobiłam i zjadłam. Opis jest już mniej ulubioną czynnością, ale jakoś daję radę.
A dziś Adam wyprodukował musztardę. Pierwszy raz mieliśmy do czynienia z musztardą która pachnie i to obłędnie, więc raczej już nie będziemy kupować musztardy, zwłaszcza że i tak znalezienie takiej, która składa się tylko z octu, gorczycy i soli, graniczy z cudem.
niedziela, 5 stycznia 2014
ŚLEDZIE W OLEJU - o lekko wędzonym smaku
Papryka wędzona to fantastyczna przyprawa. Jeśli gdziekolwiek i kiedykolwiek rzuci Wam się w oczy, nie wahajcie się, bierzcie w ciemno. Ja z pomocą tej przyprawy zrobiłam już pyszną brukselkę i z upodobaniem sypię ją do wszystkiego, a dziś Adam dzieli się z nami przepisem na śledzie. Bazą przepisu są wcześniejsze śledzie korzenne, przygotowanie jest nawet prostsze, bo jedyną użytą przyprawą jest własnie owa wędzona papryka. To, że użyto tylko jednej przyprawy, absolutnie nie oznacza, że śledzie są ubogie w smaku, chociaż od wspomnianych śledzi korzennych są delikatniejsze w smaku.
poniedziałek, 25 listopada 2013
IMBIROWA RYBA Z GRUSZKAMI
Dziś Adam w natarciu. I nawet udało mu się według przepisu zrobić :). Nie żeby nic nie zmienił, imbiru jak zwykle wsypał tonę, dzięki czemu było dość pikantne. Ale jednak według przepisu, znalezionego tutaj. Pyszna słodko-pikantna ryba z mocnym aromatem imbiru i dużą ilością słodkiej gruszki, danie w sam raz na nadejście zimy. U nas trochę się rozpadło, to przez dużą ilość płynów, ale może Wam uda się poddusić rybę ładniej, smak jest wart starań.
czwartek, 24 października 2013
GULASZ WOŁOWY ZUPEŁNIE NIETRADYCYJNIE
Może się komuś wydać dziwne, że na blogu, który jest w 90% wegański, w jeszcze większym wegetariański, od czasu do czasu uparcie publikuję efekty gotowania Adama, z dużą zawartością mięsa. Otóż dla mnie nie ma w tym niekonsekwencji. Naprawdę uważam, że dla każdego człowieka najlepszy będzie inny sposób żywienia i każdy musi sobie swój jadłospis pracowicie opracować sam. Myśmy taką pracę wykonali obydwoje i doszliśmy do zupełnie innych rezultatów, choć są pewne punkty wspólne (ze zbożami nie przesadzamy obydwoje). Patrząc na ogólną kondycję Adama, uważam, że dla niego dieta mięsno-warzywna z użyciem chudego! mięsa jest najlepsza, i nie namawiam go do zmniejszania ilości mięsa, choć sama tak nigdy nie byłabym w stanie jeść. I dlatego takie posty w dalszym ciągu będą się pojawiać, może dla kogoś to będzie sygnał, że mięsna dieta tez może być zdrowa, najważniejsze żeby była dopasowana do konkretnego człowieka.
wtorek, 8 października 2013
BLITWA PO POLSKU
Dziś znów gotuje Adam, ale tym razem bez mięsa i nawet wegańsko. Mój wkład ograniczył się do zrobienia fotki. A potrawa jest pożyczona z Chorwacji, tylko niestety z użyciem polskich zamienników. Bowiem tytułowa blitwa to warzywo chorwackie, którego nigdzie indziej nie widzieliśmy. Nie wiemy nawet do jakiej rodziny należy, wahamy się pomiędzy jakąś kapustą a burakiem liściowym - w zależności od tego jak w różnych restauracjach nazwa jest tłumaczona na angielski. W każdym razie blitwa jest w Chorwacji dość popularna i z reguły podawana z krumpirom, czyli po prostu z ziemniakiem. Ziemniaki szczęśliwie są u nas powszechnie dostępne, a w roli blitwy wystąpił szpinak. Rezultat okazał się całkiem smaczny i nawet dość fotogeniczny.
niedziela, 29 września 2013
ĆEVAPČIĆI - czyli chorwacka kolacja
Ciąg dalszy reaktywowania chorwackich potraw w domu.
Zużywanie chorwackich zapasów generalnie dobrze nam idzie. Najlepiej i najszybciej poszło zużywanie wina, ale dynia z Chorwacji też tylko jest wspomnieniem, oliwy już resztka została, a zaistniało niebezpieczeństwo, że ajwar się skończy zanim Adam zdąży zrobić swoje ćevapčići, czyli najpopularniejszy rodzaj kotletów, nie tylko w Chorwacji ale na całych Bałkanach. Także spiął się i stanął w kuchni gotowy do zrealizowania zamiaru. Kłopotu właściwie nie miał żadnego, ponieważ przepis jest bardzo prosty i dowolnie modyfikowany w zależności od posiadanych w danym momencie składników, a i mięsa z którego owe kotlety się przyrządza bywają bardzo różne. Jedyna rzecz bez której potrawa obejść się nie może to ajwar.
Zużywanie chorwackich zapasów generalnie dobrze nam idzie. Najlepiej i najszybciej poszło zużywanie wina, ale dynia z Chorwacji też tylko jest wspomnieniem, oliwy już resztka została, a zaistniało niebezpieczeństwo, że ajwar się skończy zanim Adam zdąży zrobić swoje ćevapčići, czyli najpopularniejszy rodzaj kotletów, nie tylko w Chorwacji ale na całych Bałkanach. Także spiął się i stanął w kuchni gotowy do zrealizowania zamiaru. Kłopotu właściwie nie miał żadnego, ponieważ przepis jest bardzo prosty i dowolnie modyfikowany w zależności od posiadanych w danym momencie składników, a i mięsa z którego owe kotlety się przyrządza bywają bardzo różne. Jedyna rzecz bez której potrawa obejść się nie może to ajwar.
niedziela, 28 kwietnia 2013
GALARETKA Z INDYKA
Zawsze to powtarzam i z biegiem czasu jestem tego coraz bardziej pewna. Nie ma jednej uniwersalnej diety dla wszystkich. Każdemu służy coś innego, każdy ma inny metabolizm, no i uśmiech na twarzy nie wszystkim wywołuje to samo. Fajnie że rodziny zwykły spotykać się przy wspólnych posiłkach, ale wtedy zawsze ktoś nie do końca jest szczęśliwy - za dużo mięsa, za mało mięsa, za dużo warzyw, za słodko, za ostro. My odstąpiliśmy od tego pomysłu już dość dawno, w zasadzie nigdy się to nam nie udawało, a teraz kiedy obydwojgu ustabilizował się inny sposób żywienia to już praktycznie żywimy się oddzielnie. Niestety korzystamy z jednej kuchni, co czasem powoduje pewne nieporozumienia, zwłaszcza przy śniadaniach w weekendy. I tak sobie żyjemy, sielsko, krzątając się naprzemiennie w kuchni i podglądając sobie nawzajem co tam w garnku kipi, czasem też podkradając z tego garnka, ukradkiem, bo głodna osoba w kuchni, broniąca swojego pożywienia, potrafi być bardzo niebezpieczna.
Fajne są momenty, kiedy czasem z rozmysłem spotykamy się przy wspólnych daniach - to znaczy nie robimy ich wspólnie, to nie wychodzi, ale wspólnie je zjadamy. Żadne z nas nie uważa się za kucharza, podstawy teoretyczne mamy słabe, ja nawet słabsze, nie znamy wielu zasad, często spotykają nas niespodzianki. Tym milej jest, kiedy ustalimy co jak ma być zrobione, żeby pasowało obydwojgu i wychodzi - pyszne i niespodziewane.
Tak było z tą galaretką, ja nie do końca w nią wierzyłam ale Adam po raz kolejny zwyciężył i natychmiast zapragnęliśmy powtórki.
Dziś więc znów skrzydła indycze bulgoczą Adamowi w garnku, a ja za moment przystąpię do przywiezionej ze wsi pokrzywy.
środa, 13 lutego 2013
ŚLEDZIE KORZENNE - najlepsze na świecie
Zaświadczam, że są to najlepsze śledzie. A mnie nie łatwo usatysfakcjonować, bo ryby nie są moim faworytem smakowym. Robi je oczywiście Adam, regularnie.
Długo nie wpadło mi nawet do głowy żeby ich spróbować, stały sobie co jakiś czas w lodówce. Aż któregoś razu spróbowałam. I wpadłam po uszy. Zjadłam na raz pół słoika, a następnego dnia to co zostało. I zażądałam, żeby natychmiast w lodówce pojawiły się nowe. I teraz czekam z niecierpliwością aż się tam pojawią.
wtorek, 27 listopada 2012
WARZYWA PO MĘSKU
Czyli Adam i dieta paleo.
W jego przypadku nie jest to specjalnie trudne, bo mięso lubi a warzywa uwielbia. A to jest jego ulubiona potrawa, czyli pokrój i usmaż wszystko co znajdziesz w domu jadalnego i koniecznie dodaj do tego dużo imbiru. Nie ma żadnych tabu - ja nigdy nie pomyślałabym, że można taką fajną potrawę zrobić po prostu ze zwykłej włoszczyzny. Adam nigdy nie miał takich wątpliwości, a jest to tak dobre, że ja też nie jestem w stanie się oprzeć.
W jego przypadku nie jest to specjalnie trudne, bo mięso lubi a warzywa uwielbia. A to jest jego ulubiona potrawa, czyli pokrój i usmaż wszystko co znajdziesz w domu jadalnego i koniecznie dodaj do tego dużo imbiru. Nie ma żadnych tabu - ja nigdy nie pomyślałabym, że można taką fajną potrawę zrobić po prostu ze zwykłej włoszczyzny. Adam nigdy nie miał takich wątpliwości, a jest to tak dobre, że ja też nie jestem w stanie się oprzeć.
Jakość zdjęcia trochę nie dopisała, ale wieczór był, my głodni, i trzeba było szybko pstrykać bo za chwilę już było zjedzone, a chciałam się załapać. Dla pewności więc uchwyciłam jeszcze na patelni.
piątek, 12 października 2012
ULUBIONA WĄTRÓBKA ADAMA
Dziś kolejna potrawa zrobiona przez Adama. Mięsna oczywiście, w przeciwieństwie do mnie Adam lubi i jada mięso często.
Patrząc z perspektywy lat, gdybyśmy mieli większość posiłków jadać wspólnie, któreś z nas byłoby permanentnie nieszczęśliwe, albo obydwoje. I nawet nie chodzi tylko o szczęście, również o zdrowie. Po prostu dla naszych organizmów trochę co innego jest dobre - chociaż oczywiście jest duża ilość rzeczy, które jemy razem.
Wpadła mi ostatnio w ręce książka "Dieta paleo" napisana przez jednego z twórców tej diety, Lorena Cordaina (warto czytać tylko takie źródłowe teksty, na fali mody powstają różne publikacje nie mające czasem wiele wspólnego z intencjami twórców). Wpadła mi w ręce przypadkiem, ale kupiłam ją już z rozmysłem, chciałam bowiem sprawdzić jakie są naprawdę założenia tej diety.
Bo chociaż idea jedzenia tak jak nasi przodkowie intuicyjnie wydawała mi się słuszna, sama dieta kojarzyła mi się ze zjadaniem ton tłustego mięsa i niczego poza tym - tak jak w diecie Kwaśniewskiego czy Atkinsa.
A okazało się że dieta paleo to zupełnie co innego.
To naprawdę fajna, przemyślana i zrównoważona dieta - nie jako sposób na odchudzanie lecz na życie - zalecająca spożywanie mięsa tylko chudego!, ryb, całego mnóstwa warzyw (z wyjątkiem ziemniaków i strączkowych), orzechów oraz owoców bez ograniczeń.
Ujęło mnie to, że nie ma żadnych ograniczeń w ilości posiłków i objętości, można podjadać też poza posiłkami, nie trzeba liczyć kalorii, co wydaje mi się sensowne - nasi przodkowie raczej tego nie robili.
Tłuste mięso absolutnie nie jest zalecane, z tłuszczów raczej oleje jedno i wielonienasycone - oliwa z oliwek, olej z orzechów włoskich, lniany.
Zboża i nabiał nie są zalecane, ale nie są też zalecane i w innych systemach - jak w diecie zgodnej z grupą krwi. Po prostu kiedyś nie hodowaliśmy zbóż ani zwierząt i w naszym pożywieniu nie było mleka ani zbóż jakie dzisiaj znamy. Dlatego właśnie sporo osób ma na te produkty alergię a dla większości z nas nie są one dobre.
O nieużywaniu produktów przetworzonych i cukru to już chyba nie muszę pisać - żadna dieta w tej chwili ich nie zaleca.
Fajny sposób żywienia - nie dla mnie, mnie nigdy taka ilość mięsa nie będzie potrzebna, ja żywię się głównie warzywami i owocami - ale już dla mojego męża jak najbardziej.
Adam ma grupę krwi 0 - i do tej grupy krwi pasuje, czyli generalnie można powiedzieć jest człowiekiem paleolitu :) Z moich obserwacji wynika, że potrzeba mu o wiele więcej treściwego jedzenia niż mnie, po prostu samymi warzywami się nie naje, musi dostać w pożywieniu więcej konkretów. Jeśli nie w postaci mięsa to w postaci ziemniaków, kasz, zbóż. Obydwoje jesteśmy tu zgodni, że w takiej sytuacji lepsze jest mięso. Bez tego jest głodny i sięga po batoniki, nawet jeśli na codzień za słodyczami nie przepada. Dla takich właśnie osób dieta paleo została stworzona.
wtorek, 19 czerwca 2012
ADAM GOTUJE
Nieczęsto spotyka mnie taka przyjemność.
To znaczy Adam gotuje często, ale ostatnio jakoś niechętnie wznosi się aż na takie wyżyny kulinarne. Raczej idzie po najmniejszej linii oporu, gotuje sobie ziemniaki (dla mnie odpada), wołowinę (mam z tego z reguły bulion do wykorzystania), jakąś prostą surówkę do tego, albo serek z dużą ilością zielska (serek dla mnie odpada też).
Dzisiaj widocznie zdołał poczuć się na tyle wypoczęty, a może po prostu w końcu poczuł lato, no i nie chciał żeby się zielsko zmarnowało.
No i całe szczęście, bo przypomniałam sobie że dzielę kuchnię i całą resztę z bardzo utalentowanym mężczyzną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)