Przyszedł czas na dynie, tym razem wyhodowane rodzinnie, ekologicznie i spontanicznie. Jak widać rosły również spontanicznie - jak której się podobało. Najbardziej się cieszę z hokkaido oczywiście, bo je najbardziej lubię i od nich zaczynam.
... czyli kuchnia pełna wyzwań - bez konserwantów, glutenu i różne inne bez - od jedzenia do zdrowia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trochę Indii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trochę Indii. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 9 października 2016
wtorek, 23 grudnia 2014
CIECIERZANKA
Jako że przygotowania przedświąteczne zupełnie mnie w tym roku omijają, przedstawiam zupełnie nieświąteczną zupę z ciecierzycy na sposób indyjski. Prosta i pyszna, nawet Adam zjadł i wziął dokładkę. Przepis z bloga Zdrowy Talerz.
czwartek, 11 grudnia 2014
CURRY NA NIEPOGODĘ
Curry z bakłażana, cukinii i pieczarek. Pierwsze curry z mlekiem kokosowym jakie zrobiłam. Proste w obróbce i bardzo dobre. Pewnie będzie u mnie gościć jeszcze nie raz. Inspiracja tutaj, zmieniłam przyprawy i dodałam różne warzywa.
sobota, 21 czerwca 2014
KOCHAM INDIE
Indyjskie desery - moja miłość od pierwszego wejrzenia, jak właściwie cała indyjska kuchnia. Mam z nimi trochę problem, nie mogę ich jeść bez lekkiego poczucia winy, a jednocześnie nie umiem się powstrzymać bo je uwielbiam. Niby są bezglutenowe i bezzbożowe, można by nawet masło zastąpić olejem kokosowym. Ale to nie zmieni podstawowego faktu, że są to dania nieziemsko słodkie i bardzo tłuste, nie do codziennego jedzenia. Ale i tak je kocham.
Ten deser skompilowałam sobie z dwóch przepisów, z blogów Mahanandi i Ajurweda w kuchni.
czwartek, 27 marca 2014
BEETROOT HALWA - czyli indyjska chałwa z ...buraków
Nie będę Was oszukiwać. To jest typowo indyjski deser, co oznacza, że jest dość tłusty i baardzo słodki. Naprawdę nie można go w żaden sposób określić mianem dietetyczny. Ale jest bezglutenowy i bezzbożowy, masło można by zastąpić olejem kokosowym i wtedy będzie również bezmleczny i wegański. Cukru jest w nim sporo, na szczęście jest tak słodki, że nie można go zjeść dużo na raz. Od czasu do czasu więc można się nim uraczyć, mnie bardzo smakuje, zarówno ten deser, jak i analogiczny z marchewki, chyba nawet bardziej popularny. Korzystałam z przepisu z bloga Kasza Prodżekt, zastępując zwykłe mleko mlekiem kokosowym.
poniedziałek, 3 marca 2014
CIECIORKA W SOSIE RODZYNKOWYM
Pyszne, intensywne w smaku, aromatyczne danie indyjskie z bloga Kasza Prodżekt, podobny przepis jak sprawdzona już przeze mnie wcześniej ciecierzyca w sosie śliwkowym, z tego samego bloga.
Dla osób lubiących takie smaki będzie to rewelacja. Trzeba tylko uważać, żeby nie przesadzić z ilością, bo cieciorka jest niewątpliwie mocno sycąca.
wtorek, 10 grudnia 2013
GHEE, CZYLI JAK ZROBIĆ MASŁO KLAROWANE - fotoprzewodnik
Długo się zbierałam do zrobienia masła klarowanego, zupełnie niepotrzebnie. Okazało się to takie proste i nawet nie takie bardzo długie. Wreszcie zrobiłam i nie żałuję. Nie ma porównania do masła klarowanego kupionego w sklepie, ma bardzo miły orzechowy zapach i smak, jest delikatne. Na tyle dobre, że próbowanie sprawiło nam olbrzymią przyjemność.
Masło klarowane to masło pozbawione białek mleka i wody. Składa się w 99% z tłuszczów, głównie nasyconych, punkt dymienia to co najmniej 235 stopni. Dzięki temu nadaje się znakomicie do smażenia, pieczenia i gotowania, zachowując swoje wartości.
Ponieważ w trakcie klarowania zostają usunięte białka mleka, często osoby z nietolerancją mleka mogą bezpiecznie używać masła klarowanego.
Również okres trwałości masła klarowanego jest bardzo długi, co najmniej kilka miesięcy.
piątek, 5 lipca 2013
CHATNEY Z TAMARYNDEM
Czasem zdarzają się takie dni, kiedy przypadkowe, pozornie rozbiegane we wszystkie strony elementy, nagle łączą się w jedną spójną całość. I nagle rozsypana układanka staje się kompletna. Gdyby nie mój ateizm można by tu upatrywać sił wyższych, ale poprzestańmy na tym, że czasem po prostu się tak zdarza. Cuda natury. Otóż wstałam któregoś dnia i poczułam, że nie bardzo wiem w jakim celu, ale namoczę daktyle. Wyschnięte były bardzo i wymagały moczenia, ale nie miałam w stosunku do nich żadnych planów. To było rano. Po południu Adam postanowił sobie zrobić na obiad kaszę na słodko. Kupiony świeży tamarynd okazał się być nie taki znowu świeży i jedyną szansą na wykorzystanie go wydawała sie zrobiona z niego pasta, która teoretycznie mogła posłużyć jako dodatek do kaszy. Ale po zrobieniu z tamaryndu pasty okazało się, że chociaż tamarynd jedzony ze strąków jest bardzo słodki, to w postaci zmiażdżonej nagle robi się kwaśny jak nie wiem co. Kasza z tamaryndową pastą nie wypaliła, a sama pasta stała sobie na stole i groziło jej niestety wyrzucenie do śmieci, choć nie lubimy tego robić. Wieczorem Adam spróbował mnie nakłonić, żebym z tą jego pastą jednak coś zrobiła. Nie do końca przekonana zerknęłam do internetu i do moich starannie zebranych różnych przepisów. Jednak nic mi się nie nasuwało, niewiele poza tym było w domu oprócz wspomnianego tamaryndu. I nagle znalazłam. Puzzle ułożyły się w całość i już było wiadomo po co namoczyłam rano daktyle. Chatney z tamaryndem - potrzebna jest do niego właśnie tamaryndowa pasta i daktyle. No i jeszcze kumin ale tego u nas nigdy nie brakuje. Przedstawiam jeden z najpyszniejszych sosów, kojarzy się z Indiami od razu, chatney z tamaryndem wg przepisu z bloga Mirencji, w którym natychmiast obydwoje się zakochaliśmy.
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
CURRY Z KALAFIORA I BATATA ZE SZPINAKIEM
Tym razem danie z ostatków zimowej pogody. Ale może się przydać i później, zawsze zdarzają się chłodniejsze dni, apetyt na coś pożywnego i gorącego. Przepis z bloga Bea w kuchni, który jest niezastąpiony, wszystko co proponuje Bea jest pyszne i aromatyczne, nie ma słabszych dań. Wprowadziłam trochę zmian składników, ale rdzeń przepisu pozostał niezmieniony.
Wiem na pewno co zmienię następnym razem - koncentrat pomidorowy nie jest konieczny, zastąpię go sokiem z cytryny lub pastą tamaryndową. Mogłam to zrobić od razu ale pomyślałam sobie, że sprawdzę jak ta potrawa powinna smakować i wtedy się okaże.
Nie będę też już dodawać ciecierzycy - w daniu jest soczewica i moim zdaniem to wystarczy, bez ciecierzycy będzie lżejsze, choć ją uwielbiam, tu nie jest mi potrzebna.
To tyle uwag, bo poza tym było pyszne. Bea, jesteś wielka!!!
sobota, 23 lutego 2013
ZUPA WARZYWNA I GĘSI
Jak śpiewali kiedyś Skaldowie z Łucją Prus "wśród ptaków wielkie poruszenie, ci odlatują, ci zostają". Pewna Osoba odleciał do ciepłych krajów, ja zostałam. Poza tym jednym wersem tekst Osieckiej nic nie ma wspólnego z moją kulinarną i poza-kulinarną sytuacją. Nie zgadza się ani czas, ani atmosfera rozdzierających rozstań. U Osieckiej "gęsi już wszystkie po wyroku, nie doczekają się kolędy", tymczasem Pewna Osoba poleciał całkiem dobrowolnie i w nielicznych telefonach brzmi jak człowiek bardzo zadowolony ze swojego odlotu, a i ja korzystam z możliwości pochowania wreszcie do szafek wszystkiego co Pewna Osoba ciągle wyciąga i zostawia na wierzchu. Nie wspominając o tym jaka wolność muzyczna mi teraz nastała. Mogę słuchać choćby i muzyki armeńskiej, bez obawy, że ktoś ją znienacka przełączy na męcząco-hałaśliwą stację radiową. A jednak mi ckliwie i nostalgicznie, bardzo ckliwie i nostalgicznie, dlatego "gra mi" w głowie "W żółtych płomieniach liści".
Mogłabym napisać, że z tego wszystkiego ugotowałam zupę, wedle pomysłu Pewnej Osoby, ale to nieprawda. Bo każde z nas gotuje zupełnie inaczej i ja znoszę w różnych potrawach dużą ilość indyjskich przypraw, za którymi nie przepadam, tylko wtedy, kiedy za tę odrobinę smakowego dyskomfortu, zyskuję obiad zrobiony przez kogoś innego. Teraz hołduję diecie minimalistycznej, która na pewno ma jakąś swoją nazwę i ideologię, bo cóż nie ma teraz nazwy i ideologii. Dieta minimalistyczna polega na tym, że je się cokolwiek, kiedy głód okazuje się silniejszy od lenistwa.
Zupa Pewnej Osoby jest chwilowo wspomnieniem. Podczas świątecznego wyjazdu z Dominiką i Adamem, każdy popisywał się mistrzowskimi daniami. Tylko ja, jako człowiek niezwykłej skromności, ustępowałam chełpliwcom pola. Dzięki temu, że powstało przy Dominice, i że jej smakowało, dzieło Pewnej Osoby zostało uwiecznione. Bo Pewna Osoba nie uznaje żadnych przepisów. W dodatku jest mężczyzną czynów a nie teoretycznych rozważań. Trzeba było więc Nieustraszonej Dominiki, żeby z niego wydobyć co tam po kolei wkrawał i dodawał.
środa, 16 stycznia 2013
KAPUSTA Z GROCHEM I NIESPODZIANKĄ
Niespodzianka polega w tym daniu na doprawieniu. Znów potrawa z kuchni indyjskiej, widać zima sprzyja takim aromatom. Następny przepis z bloga Mirencji. Prawie nie zmieniony, tylko zmniejszona ilość. Bardzo aromatyczna kapusta, ale myślę że tradycjonalistom też powinna smakować.
sobota, 12 stycznia 2013
WARZYWA Z SOCZEWICĄ NA SPOSÓB INDYJSKI
Kuchnię indyjską pokochałam od pierwszego razu, lubię też praktycznie wszystkie wykorzystywane w niej przyprawy - kumin, gorczycę, kurkumę, czarnuszkę. To był początkowo dobry sposób na przełamanie niechęci do gotowanych warzyw, kojarzących mi się z mdłymi potrawami szkolnymi typu marchewka z groszkiem. Teraz doceniam też potrawy mniej przyprawione, w których czuć smak warzyw. Ale czasem (a pora zimowa szczególnie temu sprzyja), miewam ochotę na obłędnie pachnące indyjskie danie.
Po udanym eksperymencie ze strąkami tamaryndu, przypomniałam sobie że mam w lodówce kwaśną tamaryndową pastę i poszukałam odpowiednich przepisów.
Inspiracja tutaj - blog Mirencji - dużo tam można znaleźć indyjskich potraw i wszystkie które wypróbowałam były pyszne. W stosunku do oryginału zmieniłam proporcje, chciałam mieć warzywa z soczewicą a nie odwrotnie. No i uprościłam technologię przygotowania, bo czerwona soczewica krócej się gotuje.
Jak zwykle indyjska kuchnia mnie nie zawiodła, jest pyszna. Dzięki tamaryndowej paście danie lekko kwaśne, ale też zyskało specyficzny smak jakiego jeszcze nie znałam.
sobota, 17 listopada 2012
ŻE SIĘ WTRĄCĘ. NIC PO RAZ PIERWSZY
Dominika już mnie przestała upominać żebym coś napisała, tylko patrzyła z wymówką, a nawet odrobiną boleści. Postanowiłam więc znów się tu pojawić, chociaż z pewną tremą. Bo konsekwentna jestem jedynie w niekonsekwencji, i cóż ... mimo prób wciąż nie udaje mi się rozstać całkowicie z czekoladą, lub pleśniowymi serami. Poza tym ogarnęła mnie listopadowa niepewność ogólna, i mam wrażenie, że wszystkie - tak mniej więcej trzy - dania, którymi żongluję już tu opisałam. Ale Dominika (a ona jak już coś mówi to wie) tłumaczy, że w końcu chodzi o zapis zmagań żywieniowych. A od zmagań to ja jestem specjalistką. Weźmy na przykład nic. Nic wydaje mi się tematem na listopad idealnym, nie tylko w kuchni.
Najpierw dowcip opowiedziany mi przez Emilę, rzecz nieco wyjaśniający.
Wraca mąż do domu i pyta co jest na obiad.
- Nic - odpowiada żona
- Jak to? Przecież wczoraj już było nic!
- Ugotowałam na dwa dni.
PS1
Patriarchalna wymowa dowcipu, sugerująca, że odpowiedzialność za żywienie spada tylko na kobiety nie jest tematem tego postu.
NIC PO RAZ PIERWSZY czyli o tym jak mnie pokonała monodieta.
Część wakacji spędzałam w Indiach w ashramie i ponieważ dużo słyszałam o głodówkach oczyszczających, w pewnym momencie uznałam, że to świetne miejsce, żeby spróbować. Ale dowiedziałam się, że do takiej głodówki należy się przygotować długą monodietą - co oznacza, że je się jeden prosty posiłek dziennie (ryż i dal) prawie przez miesiąc. A mnie tylko tydzień został ashramowy, potem miałam dojechać do Pewnej Osoby, i dalej podróżować na północ Indii. Ale, myślę sobie, przecież ja zazwyczaj jem bardzo mało, jeden posiłek to żadne dla mnie wyzwanie. Otóż okazało się, że moje mało, to zdecydowanie więcej niż trochę ryżu i rozgotowanego grochu. Poza tym - czego się nie spodziewałam - to ograniczenie wywołało we mnie stany zaskakujące. Już chyba na drugi dzień, zamiast medytować, rozważałam, jaki smak z jakim pasuje, układałam w myślach całe jedzeniowe poematy. Nawet nie, żebym od razu czuła się bardzo głodna, ale jedzenia brakowało mi jako czynności mentalnej (odpadało rozważanie na co mam ochotę). A następnie już zupełnie straciłam siły i zainteresowanie czymkolwiek, głównie spałam. Nawet gadać mi się nie chciało. Nie byłam w stanie też czytać. Było to w jakimś stopniu wyzwalające - tak jakbym sama od siebie trochę się zwolniła. Pozostały resztki, w każdej wolnej chwili zapadające w sen. To oznaczało, że musiałam też zrezygnować, choćby w części, z tego co mnie we mnie uwiera. Na przykład z niestety normalnego u mnie zadręczania się, a co będzie ( w tym konkretnym wypadku z nerwowych prób zaplanowania dalszej podróży - co ani w Indiach, ani jak się jest mną, a tym bardziej mną podróżującą z Pewną Osobą nie jest możliwe). Jakoś po czterech dniach ustąpił mi ból głowy i czułam jak udrażniają mi się zatoki, zazwyczaj trochę zatkane. Wyraźnie czyściły mi się nerki. Niestety, o dobroczynnych właściwościach niejedzenia nie mogę się wypowiadać. Bo wytrzymałam tylko tydzień. W tym stanie zupełnego rozmiękczenia, kiedy patrząc w lustro dziwiłam się pobladłej, trochę mi obcej kobiecie, chyba nie byłabym nawet wyjechać z ashramu, o dalszych jazdach nie wspominając.
Ale doświadczenie było na tyle frapujące, że kiedyś je powtórzę. Znam osoby, które bez trudu wytrzymują miesiąc, a potem jeszcze kolejne dni głodówki tylko o wodzie. Na przykład taka Ela Król, która ryż i dal (najpyszniejszy jaki jadłam!) przygotowuje według tego przepisu.
A tu fachowo o postach.
Wielbicielem ryżu i dalu jest Pewna Osoba. Często gotuje ryż (brązowy) razem z łuskaną fasolką mung (ok. pół godziny), dodając pomidory i sypiąc obficie kurkumę, kumin, gorczycę i czarnuszkę.
Ja jeśli gotuję jednogarnkowo najpierw przygotowuję wywar z warzyw (marchewka, pietruszka, seler, por), a dopiero potem sypię ryż i wcześniej namoczoną fasolkę mung. (Pewna Osoba jako wyznawca działań spontanicznych w pogardzie ma wszelkie dokładne płukania i namaczania).
W każdym razie to danie jeśli ma przygotowywać do głodówki powinno być jak najmniej przyprawione i jak najprostsze.
PS2
Wynegocjowałam z Dominiką, że nie będę się fotograficznie rozwijać. Żeby uzyskać odpowiednie argumenty zgubiliśmy podczas wakacji aparat.
Agnieszka
Najpierw dowcip opowiedziany mi przez Emilę, rzecz nieco wyjaśniający.
Wraca mąż do domu i pyta co jest na obiad.
- Nic - odpowiada żona
- Jak to? Przecież wczoraj już było nic!
- Ugotowałam na dwa dni.
PS1
Patriarchalna wymowa dowcipu, sugerująca, że odpowiedzialność za żywienie spada tylko na kobiety nie jest tematem tego postu.
NIC PO RAZ PIERWSZY czyli o tym jak mnie pokonała monodieta.
Część wakacji spędzałam w Indiach w ashramie i ponieważ dużo słyszałam o głodówkach oczyszczających, w pewnym momencie uznałam, że to świetne miejsce, żeby spróbować. Ale dowiedziałam się, że do takiej głodówki należy się przygotować długą monodietą - co oznacza, że je się jeden prosty posiłek dziennie (ryż i dal) prawie przez miesiąc. A mnie tylko tydzień został ashramowy, potem miałam dojechać do Pewnej Osoby, i dalej podróżować na północ Indii. Ale, myślę sobie, przecież ja zazwyczaj jem bardzo mało, jeden posiłek to żadne dla mnie wyzwanie. Otóż okazało się, że moje mało, to zdecydowanie więcej niż trochę ryżu i rozgotowanego grochu. Poza tym - czego się nie spodziewałam - to ograniczenie wywołało we mnie stany zaskakujące. Już chyba na drugi dzień, zamiast medytować, rozważałam, jaki smak z jakim pasuje, układałam w myślach całe jedzeniowe poematy. Nawet nie, żebym od razu czuła się bardzo głodna, ale jedzenia brakowało mi jako czynności mentalnej (odpadało rozważanie na co mam ochotę). A następnie już zupełnie straciłam siły i zainteresowanie czymkolwiek, głównie spałam. Nawet gadać mi się nie chciało. Nie byłam w stanie też czytać. Było to w jakimś stopniu wyzwalające - tak jakbym sama od siebie trochę się zwolniła. Pozostały resztki, w każdej wolnej chwili zapadające w sen. To oznaczało, że musiałam też zrezygnować, choćby w części, z tego co mnie we mnie uwiera. Na przykład z niestety normalnego u mnie zadręczania się, a co będzie ( w tym konkretnym wypadku z nerwowych prób zaplanowania dalszej podróży - co ani w Indiach, ani jak się jest mną, a tym bardziej mną podróżującą z Pewną Osobą nie jest możliwe). Jakoś po czterech dniach ustąpił mi ból głowy i czułam jak udrażniają mi się zatoki, zazwyczaj trochę zatkane. Wyraźnie czyściły mi się nerki. Niestety, o dobroczynnych właściwościach niejedzenia nie mogę się wypowiadać. Bo wytrzymałam tylko tydzień. W tym stanie zupełnego rozmiękczenia, kiedy patrząc w lustro dziwiłam się pobladłej, trochę mi obcej kobiecie, chyba nie byłabym nawet wyjechać z ashramu, o dalszych jazdach nie wspominając.
Ale doświadczenie było na tyle frapujące, że kiedyś je powtórzę. Znam osoby, które bez trudu wytrzymują miesiąc, a potem jeszcze kolejne dni głodówki tylko o wodzie. Na przykład taka Ela Król, która ryż i dal (najpyszniejszy jaki jadłam!) przygotowuje według tego przepisu.
A tu fachowo o postach.
Wielbicielem ryżu i dalu jest Pewna Osoba. Często gotuje ryż (brązowy) razem z łuskaną fasolką mung (ok. pół godziny), dodając pomidory i sypiąc obficie kurkumę, kumin, gorczycę i czarnuszkę.
Ja jeśli gotuję jednogarnkowo najpierw przygotowuję wywar z warzyw (marchewka, pietruszka, seler, por), a dopiero potem sypię ryż i wcześniej namoczoną fasolkę mung. (Pewna Osoba jako wyznawca działań spontanicznych w pogardzie ma wszelkie dokładne płukania i namaczania).
W każdym razie to danie jeśli ma przygotowywać do głodówki powinno być jak najmniej przyprawione i jak najprostsze.
PS2
Wynegocjowałam z Dominiką, że nie będę się fotograficznie rozwijać. Żeby uzyskać odpowiednie argumenty zgubiliśmy podczas wakacji aparat.
Agnieszka
czwartek, 28 czerwca 2012
RZODKIEWKI Z LEKKA INDYJSKIE
Kocham rzodkiewki na tyle, że z reguły jem je same bez żadnych dodatków, żeby ich nie sprofanować. Dziś zrobiłam wyjątek i nie żałuję, rzodkiewki nie straciły smaku a została dodana jakość indyjska - inna moja miłość.
Przepis bardzo prosty i szybki znaleziony tutaj, czyli na blogu Kasza Prodżekt, moja modyfikacja polegała na zastąpieniu orzeszków ziemnych orzechami włoskimi. Orzechów ziemnych nie powinnam jeść za często, zresztą to nawet nie są prawdziwe orzechy tylko strączkowe, więc uważałam że włoskie wypadną tu korzystniej i tak się stało.
środa, 23 maja 2012
LENIWE POPOŁUDNIE I SOCZEWICA ZE SZPINAKIEM
Jak w tytule. Leniwe popołudnie i ogólna niemoc. Niemoc wyjścia do sklepu, niemoc stania w kuchni, niemoc stania w ogóle.
W takich momentach priorytetem jest u mnie szybkość zrobienia dania i czas, który trzeba spędzić: nad deską do krojenia, nad garnkiem mieszając, nad patelnią mieszając, dorzucając. Jak się bliżej zastanowić mam prawie same takie momenty.
To danie spełnia te parametry - nieduża ilość składników, czerwona soczewica gotuje się sama, nie trzeba jej moczyć, stać nad nią nie trzeba, szpinak dusi się błyskawicznie.
Efekt rewelacyjny - przyprawy na sposób indyjski, który mnie zawsze urzeka.
Inspiracja tutaj - przeze mnie jeszcze uproszczona.
Subskrybuj:
Posty (Atom)